Staram się trzymać z daleka od filozoficznego bełkotu w stylu Coelho i literackich objawień pokroju Masłowskiej. Za książki z półek „Ino chyżo!” i "Ściana płaczu" daję rower i dwa worki pszenicy.
Chyba najbardziej przereklamowana książka na świecie. Owszem, momentami ciekawa, w dość oryginalny sposób poruszająca tematy ważne i trudne. Całość niestety nie wyróżnia się niczym, co mogłoby świadczyć o jej fenomenie i uwielbieniu czytelników. Ot, przyjemna pozycja na jeden wieczór.
Lewandowski, przepraszam - "Lewy", bo to w końcu kumpel każdego z nas - miał dobry sezon. Czas na napisanie książki! Świetna decyzja, żeby próbować "uchwycić fenomen" piłkarza, kiedy ten ma 24 lata. Publikacja będzie na pewno bardzo miarodajna. Pozdrawiam!
Na YouTube jest kanał "StandUpy PoPolsku", znajdziecie tam praktycznie wszystko, co jest opisane w książce, w dobrym tłumaczeniu i niezłej jakości.
Główny bohater jest tak nudny i irytujący, że Werter i Łęcka to przy nim kompani do bitki i wypitki. Nie da się na dłuższą metę zdzierżyć tego pseudointelektualnego bełkotu, od którego tak naprawdę nie ma wytchnienia. Nie można od niego uciec, bo żadna inna postać, żadne wydarzenie, jakikolwiek, choćby najmniejszy zwrot akcji - nic nie jest w stanie sprowadzić tego człowieka na ziemię. Przez cały czas czekałam na moment, w którym jakaś dobra dusza weźmie tego buca za fraki i wytrzaska po pysku. Nie ukrywam, że te wizja wydawała mi się też najbardziej atrakcyjna spośród wszystkich wątków, jakie zostały poruszone w książce. Historia na początku może zapowiadać się obiecująco, ale na dobrą sprawę przez ponad czterysta stron nie dzieje się tam nic wartego podkreślenia. Nie ratuje tego nawet piękna polszczyzna i ciekawe pomysły, które pojawiają się w książce zdecydowanie za rzadko. Kreacja postaci - z bólem serca, ale jednak na plus. Takich egzaltowanych indywiduów, przekonanych o własnej wyjątkowości jest na polskich uczelniach na pęczki i myślę, że ich wszystkie przywary zostały bardzo celnie przypisane głównemu bohaterowi. Być może nawet, aż nadto.
Z dużą przyjemnością czyta się teksty osoby publicznej, która wbrew powszechnym tendencjom poprawność polityczną ma tam, gdzie plecy kończą swoją szlachetną nazwę.
Krótko: Prosty język, specyficzny humor, odrobinę niespójna narracja. Ciekawostki z młodości, opis dojścia na szczyt. Pobieżne komentarze co ważniejszych spotkań. Wielka czcionka, wysoka cena. Lektura na godzinę z hakiem. Długo: Jakieś trzynaście lat temu plakat z podobizną tego Pana zajmował honorowe miejsce na ścianie w moim pokoju. Prus był cool. Buntownik z niewyparzoną gębą, który potrafił przypieprzyć w piłkę tak, że nie było co zbierać. Ciekawa osobowość i świetny siatkarz, więc wydawałoby się, że książka będzie mocna, albo chociaż na odpowiednim poziomie. Błąd. Jest napisana po łebkach. Koncepcja była niezła, bo Prus pisze bardzo bezpośrednio, wydawałoby się, że wręcz z perspektywy znajomego opowiadającego o swoich przeżyciach na posiadówie w barze. Są żarty, wiele bezpośrednich odniesień do osób prywatnych, sentymentalne opowieści, wylewanie żalów i ogólnie smaczki z życia. Szkoda tylko, że tak mało siatki w tych "Wszystkich jej barwach", bo kilka komentarzy z boiska z pewnością nie zadowoli ludzi, którzy obcują z tym sportem częściej, niż podczas triumfowania naszych reprezentacji. Niedosyt.
Do tytułu powinno się dodać słowo "zarys", bo teksty znajdujące się w książce na pewno całymi historiami nie są. Pomijam już fakt idiotycznego informowania czytelnika na wstępie kto i kiedy umarł, omijania istotnych wątków czy braku bibliografii. Po raz kolejny - jak to u NG - forma góruje nad treścią, bo trzeba przyznać, że ta chała wydana jest całkiem przyzwoicie. Pytanie tylko, po co robić coś na pół gwizdka?
Najpaskudniejsza okładka w historii ludzkości. Konwencja powieści grozy, która w przypadku każdego innego autora pozwalałaby uznać go za pisarczyka. Nikt inny nie potrafiłby tak zgrabnie poprowadzić nawet z pozoru najbardziej kretyńskich historii o krwiożerczych maszynach i Człowieku-Galarecie. King nieopierzony, a wychodzi obronną ręką. Klasa.
Nie kupujcie tej książki, można ją przeczytać w piętnaście minut. Filozoficzno-moralizujący poradnik w stylu "spójrz w głąb siebie a odnajdziesz drogę do szczęścia". Zgrabnie podana dawka banałów, do których dochodzi każdy po wypiciu dwóch kufli piwa. Na plus szata graficzna.
Zmierzenie się z postacią młodego Douglasa wymagało dużej odwagi. Nie tyle ze względu na dorobek artystyczny, co medialną otoczkę wokół jego postaci i rodzinny bagaż, którego motyw – chcąc nie chcąc - musiał pojawić się w książce. Eliot pisze konkretnie i nie idealizuje. Bardzo zgrabnie i rzetelnie przeplata kwestie kariery, życia uczuciowego i skomplikowanych relacji rodzinnych Douglasa, pozwalając sobie przy tym na kąśliwe komentarze i spostrzeżenia. Język i styl są na wysokim poziomie, książkę spokojnie można przeczytać na jednym wdechu. Jedyny mankament, to momentami zbyt obszerne streszczanie fabuły poszczególnych produkcji, reszta bez zarzutu.
Warto wspomnieć, że do książki dołączona jest mapa i kilkanaście wsadzonych luzem zdjęć. Zwróćcie na to uwagę przy zakupie.
Cholernie smutne, że największym problemem osoby, która przeżyła pobyt w Auschwitz jest kwestia tego, gdzie znajdują się teraz obrazki, które kiedyś namalowała. Pomimo bardzo dobrego przygotowania, świetnego pióra i - co naprawdę widać - jak najlepszych chęci Ostałowskiej, odechciewa się wszystkiego wobec ciągłej postawy roszczeniowej Pani Wielce Pokrzywdzonej Artystki.