Staram się trzymać z daleka od filozoficznego bełkotu w stylu Coelho i literackich objawień pokroju Masłowskiej. Za książki z półek „Ino chyżo!” i "Ściana płaczu" daję rower i dwa worki pszenicy.
Główny bohater jest tak nudny i irytujący, że Werter i Łęcka to przy nim kompani do bitki i wypitki. Nie da się na dłuższą metę zdzierżyć tego pseudointelektualnego bełkotu, od którego tak naprawdę nie ma wytchnienia. Nie można od niego uciec, bo żadna inna postać, żadne wydarzenie, jakikolwiek, choćby najmniejszy zwrot akcji - nic nie jest w stanie sprowadzić tego człowieka na ziemię. Przez cały czas czekałam na moment, w którym jakaś dobra dusza weźmie tego buca za fraki i wytrzaska po pysku. Nie ukrywam, że te wizja wydawała mi się też najbardziej atrakcyjna spośród wszystkich wątków, jakie zostały poruszone w książce. Historia na początku może zapowiadać się obiecująco, ale na dobrą sprawę przez ponad czterysta stron nie dzieje się tam nic wartego podkreślenia. Nie ratuje tego nawet piękna polszczyzna i ciekawe pomysły, które pojawiają się w książce zdecydowanie za rzadko. Kreacja postaci - z bólem serca, ale jednak na plus. Takich egzaltowanych indywiduów, przekonanych o własnej wyjątkowości jest na polskich uczelniach na pęczki i myślę, że ich wszystkie przywary zostały bardzo celnie przypisane głównemu bohaterowi. Być może nawet, aż nadto.